JozefFazan.pl

Co zrobić, żeby po kursie na trenera nie zostać bez pracy i klientów?

Co zrobić, żeby po kursie na trenera nie zostać bez pracy i klientów?
12 lipca 2018 Józef Fazan

Niestety większość absolwentów kursów trenerskich kończy w sposób opisany w tytule, a co najgorsze po tygodniu bezowocnych poszukiwań załamuje ręce. Z jednej strony może to dobrze, bo ktoś mógł stwierdzić, że się do tej pracy nie nadaje i po co ma robić to na siłę. Z drugiej strony wiem, iż w większości przypadków wynika to z wygórowanych oczekiwań wobec pracy trenera personalnego (duża w tym zasługa Instagrama) oraz zwykłego lenistwa (wystarczy, że zrobię kurs, a klienci sami do mnie przyjdą).

Co zatem zrobić, żeby nie utknąć w tym marazmie? Na początek polecam obejrzeć jeden z moich filmów na Youtube pt.„Jak dostać pracę w wymarzonym klubie fitness?!”, gdzie w dużej mierze odpowiadam na to pytanie. W dalszej kolejności warto przeczytać mój wpis na blogu pt. „Rozmowa o pracę w klubie fitness.”

Jestem pewien, że wdrożenie wskazówek z obu publikacji pozwoli Wam prędzej, czy później otrzymać pracę w klubie fitness. Niekoniecznie musi to być wymarzony klub tak jak w moim przypadku, ale na początku dobre i to. Wierzcie mi, że byłem wówczas gotów podjąć pracę wszędzie, byleby zdobyć doświadczenie i się rozwinąć, co Wam też polecam. Może z wyjątkiem miejsc, gdzie wymagają od Was sprzedawania suplementów, w które działanie nie wierzycie, o czym pisałem w wyżej wspomnianym tekście.

Zdobycie pracy w sieciówce to jednak nie wszystko. Nawet jeśli polityka klubu wspiera proces pozyskiwania klientów przez trenera, to wbrew pozorom nie jest to takie proste. Mając nawet dużą wiedzę, dobry wygląd i kilka innych cech, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się atutem, możemy łatwo zniechęcić do siebie klientów. Dlaczego są to pozorne atuty? Bo bez umiejętności miękkich – komunikacji międzyludzkich na nic nam się one nie zdadzą. Trener z dużą wiedzą może zanudzić klienta fachową terminologią, a dobrze zbudowany okazać się mrukowatym gburem.

Dużo lepiej wypadniesz jeśli swoją wiedzę odłożysz na chwilę na bok (w dalszym etapie współpracy na pewno się przyda), a informacje o tym, że wygrałeś w zeszłym roku debiuty póki co zachowasz dla siebie (prędzej, czy później klient na pewno się dowie). Zamiast tego skupisz się na swoim rozmówcy – jego potrzebach, obawach i oczekiwaniach.

Procesu sprzedaży treningów nie da się wykuć na blachę i powtórzyć – trzeba go po prostu zrozumieć. Wyuczenie się formułek sprzedażowych na nic się nie zda jeśli widzisz w kliencie tylko kasę. Może się nie udać za pierwszym, drugim, czy dziesiątym razem, ale samo wyrobienie w sobie nawyku rozwiązywania problemów innych (czy to z techniką ćwiczeń, czy z odżywianiem) zwiększa prawdopodobieństwo, że w końcu klienta pozyskasz.

Do dzisiaj pomagam ludziom na siłowni (i nie tylko) bezinteresownie, mimo że wiele osób mi za to płaci. Nie chodzi tu o ascezę i działalność charytatywną, ale o to, że tak naprawdę „bez jednego nie ma drugiego”. W klubach, w których się pojawiam, większość osób wie, że jestem trenerem i podchodzi do mnie z pytaniami nawet, gdy wykonuję swój trening. Nie musi to być wcale asekuracja przy wyciskaniu na ławce, ale umilenie treningu rozmową w przerwach między wykonywanym seriami.

Oczywiście ja mam ułatwione zadanie, bo jestem trenerem już piąty rok i na początku to ja musiałem podchodzić do ludzi. Może to wiązać się z odrzuceniem, bo nie każdy bywalec siłowni jest tak rozmowny jak Pan z którym uciąłem dziś sobie pogawędkę o meczu Francja – Belgia robiąc serię na biceps. Mimo to warto to robić nawet jeśli ktoś okaże się mało wylewny. Uwierzcie mi, że większość ludzi na siłowni liczy na to, że trener sam do nich podejdzie, a zwykłe: „Co słychać?” potrafi zdziałać cuda.

W ostatnim wpisie wspominałem o lekturze „Biblii Trenera Personalnego” Lesława Blachy. Dziś jestem już po jej lekturze i choć książka bardzo mi się podobała i „łyknąłem” ją w kilka dni, z jedną rzeczą muszę się nie zgodzić, a przynajmniej częściowo. Mianowicie chodzi mi o nietrenowanie rodziny i znajomych za darmo. Przecież na początku Waszej kariery jest to świetna okazja, by przekuć Waszą wiedzę i umiejętności w efekty swoich pierwszych podopiecznych!

Co innego, gdy jesteście już w sytuacji, że macie zapełniony grafik i klientów, którzy ćwiczą z Wami regularnie. Niemniej jednak trenowanie kogoś zaraz po kursie w zamian za możliwość opublikowania zdjęć przemiany, czy wystawienie referencji uważam za uczciwą wymianę. O ile oczywiście macie pewność, że Wasz bliski, czy znajomy potraktuje sprawę poważnie i będzie się do tych treningów przykładał.

Moi klienci do dziś podziwiają przemianę mojego kumpla, który też został trenerem, a wcześniej był właśnie jednym z moich „charytatywnych” podopiecznych – podobnie jak moja narzeczona. Niestety te dwie osoby należą do mniejszości grona osób, którym pomogłem bezinteresownie. Reszta niestety nie przyłożyła się należycie do diety oraz treningów i z tym też musicie się liczyć. Ludzie zazwyczaj bardziej doceniają to, za co zapłacą.

Niemniej jednak uważam, że nawet jeśli spośród dziesiątek osób, które ćwiczyłem „charytatywnie” mogę pochwalić się efektami tylko kilku z nich, to i tak było warto i z czystym sumieniem mogę Wam to polecić. Myślę, że po lekturze tego wpisu i odnośników, których w nim zawarłem macie już co najmniej kilka pomysłów jak rozkręcić się po ukończeniu kursu, a jeśli nie, to wiecie gdzie mnie szukać 🙂

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*